Angielski inny niż zawsze

 

 

Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy język angielski, którego uczycie się w szkołach to rzeczywiście język, jakiego używają rodzimi użytkownicy, uspokajam – tak. Oczywiście zazwyczaj uczymy się jego oficjalnej wersji, czyli bez regionalizmów, żargonu czy błędów gramatycznych (które np. popełniają osoby słabo wykształcone). Możemy uczyć się odmiany amerykańskiej, brytyjskiej lub (znacznie rzadziej) australijskiej, kiedy nieco inaczej wymawia się zbitki głosek lub używa zupełnie innych słów na określenie tej samej rzeczy. Jednak ogólnie osoba ucząca się angielskiego jest w stanie już na poziomie A2 komunikować się w Londynie, Nowym Jorku czy Sydney, zrozumieć znaki, ogłoszenia, wskazówki, przeczytać opis wystawy w muzeum czy menu w restauracji.
A skoro już mowa o znakach, ogłoszeniach, informacjach w przestrzeni publicznej, to naprawdę ciekawe zagadnienie, bowiem język rządzi się wtedy swoimi prawami i warto wiedzieć na ten temat kilka faktów.
Po pierwsze nie tak często spotykamy język formalny, z pełnymi zdaniami, przedimkami i stroną bierną, tak lubianą przez angielski. Najczęściej to regulaminy, ogłoszenia miejskie czy miejsca bardziej oficjalne, takie jak muzea (zdj. 1 i 2).

1.   

2.

Bardzo często pojawia się język rodem z wypowiedzi osób zaczynających naukę – skrótowy, bez przedimków (a, the), bez orzeczenia, w zasadzie bazujący na równoważnikach zdań. Kiedy? Zawsze wtedy, gdy potrzebujemy zakomunikować rzecz szybko, bez zbędnych formalności; gdy chcemy zaoszczędzić miejsce, np. na tablicy drogowej; wreszcie gdy musimy podać komunikat tak prosto jak się da, by zrozumiał go każdy, nawet dziecko (zdj. 3, 4 i 5). To pokazuje także, bez czego język angielski może się ‘gramatycznie’ obyć, co stanowi kwintesencję zrozumienia przekazu. I daje nam ważną lekcję – oczywiście musimy uczyć poprawnego mówienia, jednak czasami język codzienny sam ‘popełnia’ błędy, więc nie martwmy się kiedy i my popełniamy błąd.

3. 

4. 

5. 

Język codzienny bawi się także skojarzeniami, homofonami, dwuznacznościami (zdj. 6 i 7), i tutaj mowa przed wszystkim o wszelkiego rodzaju szyldach, sloganach reklamowych, działaniach artystycznych w przestrzeni publicznej, nie jest to język łatwy do zrozumienia, bo wymaga głębszej znajomości struktur gramatycznych czy idiomów. Jednak nie poddawajmy się tak łatwo – rozszyfrowywanie takich językowych smaczków to wielka frajda i niekończąca się zabawa.

6. 

7. 

Jednocześnie w przestrzeni publicznej możemy odnaleźć wiele elementów tego, co na lekcjach wydaje nam się niepotrzebne. Często słyszymy: czas present perfect nie jest prawie w ogóle używany; wystarczy znać użycie czasownika can, po co inne modal verbs; nie muszę znać tych wszystkich słówek i ich znaczeń, dogadam się i tak. Nie można odmówić racji takim głosom – komunikacja jakoś się zadzieje, my sobie poradzimy. Tylko czy o to chodzi? Żeby było jakoś? Wystarczy rzut oka na niektóre przykłady, by zobaczyć, że jednak to wszystko ma sens, gramatyka i leksyka to nie wydumane stwory, ale narzędzia pozwalające lepiej opisać rzeczywistość i szybciej osiągnąć językowy cel (zdj. 8).

8. 

I na koniec - język angielski niewątpliwie o wiele bardziej niż polski posługuje się skrótem myślowym, grą słów, szybkim przekazem (zdj. 9). Jednak jednocześnie jest przepuszczony przez kształtowaną całe wieki kulturę, nakazującą rodzimym użytkownikom ‘ugrzeczniać’ i dystansować przekaz (zdj. 10).

9. 

10. 

Podsumowując nasze rozważania – używamy takiego języka, jakiego wymaga od nas sytuacja. Powyższe przykłady z Londynu (choć mógłby to być Bristol, Denver czy Wellington) pokazują, że język to nieustannie zmieniające się zwierzę, które – bywa – rządzi nami, a nie my nim. Nie dziwmy się zatem, że angielski wygląda często inaczej na ulicy londyńskiej niż w naszym podręczniku, dociekajmy dlaczego tak jest i zwracajmy na to uwagę podczas naszych podróży.
(autor zdjęć – Dagmara Łata)

 

Wróć